Czy potrzebujesz wyzwań w swoim życiu?

Odkąd upubliczniłem swoje wyzwania 7/30/90, wielu znajomych pyta mnie , w jakim celu to robię? Po co na własne życzenia fundować sobie wyrzeczenia? Czy nie lepiej pewne zmiany wprowadzać stopniowo, a nie tak radykalnie?

Nie jestem masochistą. Nie cierpię na nadmiar czasu. Nie wymyśliłem tego wszystkiego, żeby zwrócić na siebie uwagę.

Chcę przełamywać pewne bariery i burzyć ściany, które stoją na drodze mojego rozwoju osobistego. Dotychczas szło mi to z dużymi oporami.

Jednym z moich największych problemów w budowaniu nowych nawyków był (i nadal jest) słomiany zapał. Gdy wpadam na jakiś pomysł, strasznie się do nie zapalam. Przez pierwszy tydzień lub dwa działam na pełnych obrotach, a potem zwalniam, jeszcze bardziej zwalniam, przechodzę przez fazę zniechęcenia, aż w końcu wracam do starego schematu działania. Po ambitnych planach pozostaje jedynie rzewne wspomnienie i kac moralny.

Drugim – po słomianym zapale – problemem jest nieregularność. Mam tendencję do omijania tych zadań, które powinienem realizować codziennie lub prawie codziennie. Przykładem może być choćby prowadzenie bloga, co wymaga ciągłego tworzenia treści. W przeszłości po ominięciu pisania przez trzy dni z rzędu, czwartego było mi cholernie ciężko zabrać się do pracy. Za każdym razem usprawiedliwiałem siebie, że przecież jeden dodatkowy dzień nie zrobi większej różnicy. W efekcie powstawały duże dziury, sięgające nawet jednego miesiąca! Wstyd się przyznawać…

Po co fundować sobie wyrzeczenia?

Podejmowanie wyzwań wiąże się z kilkoma dotkliwymi wyrzeczeniami. Nie chodzi wyłącznie o ból psychiczny i fizyczny, gdy przykładowo rzucasz palenie lub całkowicie zmieniasz swoją dietę.

Przede wszystkim musisz wykroić czas ze swojej i tak załadowanej doby – niezależnie od stopnia skomplikowania wyzwania. Przeważnie zamiast relaksować się (kolejny odcinek na Netflixie), siadasz do pracy. Oczywiście pracy innego rodzaju, bo nad samym sobą, a nie na rzecz kogoś (ewentualnie po to, żeby pomagać innym ludziom).

Ale czy istnieje inne wyjście? Pewne rzeczy po prostu trzeba robić regularnie, aby odniosły zamierzony skutek – podobnie jak łykanie witamin czy mycie zębów. W przeciwnym wypadku zamiast pożądanego efektu pozostaje bardzo duży niesmak i kac moralny.

Mówiąc krótko – konsekwencja w połączeniu z tolerowaniem dyskomfortu są kluczem do trwałej zmiany.

Codziennie zadaję sobie pytanie – co jest dla mnie ważniejsze, rozwój (praca nad sobą) czy przyjemności (relaks, seriale, gry itp.)? Przeważnie wybieram to pierwsze.

Nie będę jednak ściemniać, że nie nachodzą mnie kryzysy, kiedy najchętniej zaszyłbym się w domu zamiast wychodzić biegać deszczową porą. W takich sytuacjach potrzebuję przypomnieć sobie, dlaczego w ogóle podjąłem dane wyzwanie i zastanowić się na ile te powody są aktualne, co wyzwala we mnie najwięcej entuzjazmu do trzymania się raz obranej drogi.

Q&A

Kiedy Mirek Burnejko opublikował swojego vloga z moim udziałem, w którym poruszyliśmy temat zmiany przyzwyczajeń, w komentarzach pod filmem wywiązała się bardzo ciekawa dyskusja. Padło w niej kilka pytań, które skłoniły mnie do napisania tego wpisu i poniższego mini Q&A.

Dlaczego 7, 30 i 90?

Część znajomych jako pierwsze pytanie zadaje mi – ale dlaczego 7, 30 i 90 dni?

Otóż przez pierwsze 7 dni próbuję nowego zachowania lub staram się zrezygnować z tego niepożądanego. To taki okres testowy przygotowujący mnie na długą batalię. Poddaję się pierwszej próbie, z której wyciągam prosty wniosek – czy dalej w to brnę? Czy to w ogóle może mieć sens?

Następne 30 dni to już etap wyrabiania nowego nawyku. Bardzo ważny – krytyczny wręcz okres, w którym walczę ze sobą z całych sił, aby systematycznie trzymać się nowego postanowienia.

Nie wierzę jednak, że 37 dni to wystarczający okres, żeby zmienić swoje głęboko zakorzenione nawyki. Stąd kolejny etap – tym razem 90 dni. W tym okresie zwracam szczególną uwagę na to, czy nowe zachowanie przychodzi mi naturalnie czy raczej w dalszym ciągu muszę się do niego dopingować czy wręcz zmuszać. 90 dni to dość długi okres, ale jeśli po 2 etapie, nawyk wszedł mi w krew, nie powinno być żadnego problemu z 3-krotnie dłuższym czasem.

Czy podejmuję wyzwania po to, aby się nagradzać?

Nagroda jest jedynie dodatkowym powodem, aby się starać, ale nie celem samym w sobie. Pełni też rolę ostatniej deski ratunku podczas poważnego kryzysu motywacyjnego. Dużo skuteczniej niż nagrody działa na mnie odznaczanie kolejnego zakończonego sukcesem dnia w swoim googlowym kalendarzyku. Gdy już przejdzie się jeden z poziomów, miło jest zapewnić sobie nagrodę.

Co jak nie uzbieram na nagrodę?

Świat się nie zawali. Będę mieć to zapisane, aby przy nadarzającej się okazji nadrobić zaległości zakupowe.

Kiedy znaleźć na to wszystko czas?

Mamy więcej czasu niż nam się wydaję. Praca nad sobą wymaga przeorganizowania pewnych priorytetów. Jak wspominałem wyżej, praca nad sobą zajęła wyższe miejsce od rozrywki.

Nie bagatelizuję tego, że możesz być bardzo zapracowanym człowiekiem, który od rana do nocy wykonuje swoje obowiązki służbowe oraz opiekuje się rodziną. Sam miewam takie okresy w ciągu roku, w których jest mi po prostu niesamowicie ciężko wszystko pogodzić i wówczas bardzo łatwo jest mi się wykoleić.

Kluczem do sukcesu jest rezygnacja z przyjemności krótkoterminowych o niskiej jakości/wartości na rzecz dużych korzyści (lepsze zdrowie, większe zarobki, wyższa jakość życia) możliwych do osiągnięcia tylko w dłuższym horyzoncie czasowym.

Nie musisz przy tym poświęcać godzin na pracę nad sobą. Chodzi właśnie o robienie małych kroków, ale często. Taka strategia działa podobnie jak procent składany czy efekt kuli śniegowej. Początkowe działania przynoszą jedynie małe rezultaty, ale z czasem ta sama intensywność przynosi zdecydowanie większe i bardziej zauważalne efekty.

Czego Ci z całego serca życzę!

Share this:

Niestrudzenie dążę do rozwoju, zwiększania swoich umiejętności i bycia lepszym człowiekiem. Piszę swojego bloga. Nagrywam vlogi. Uczę się programowania. Pracuję w PR i marketingu. Jestem wielbicielem skreślania zadań ze swoich list to-do.